niedziela, 10 listopada 2019

RECENZJA >> "Pierwszy rok" Rachel E. Carter (26/2019)

RECENZJA >> "Pierwszy rok" Rachel E. Carter (26/2019)

"Pierwszy rok"

Tytuł oryginału: "First Year"
Autor: Rachel E. Carter
Tłumaczenie: Emilia Skowrońska
Wydawnictwo: Uroboros
Seria: Czarny Mag (tom 1)
Liczba stron: 365
Data premiery: 19.09.2018 r.

Opis książki z okładki:
Szaty maga są wyłacznie dla najlepszych.
Nigdy ich nie dostaniesz, jeśli będziesz się bała. Tylko czy odważysz się walczyć do końca, Ryiah?

Akademia w Jerarze słynie z wyśrubowanych oczekiwań. Co roku przyjmowanych jest do niej zaledwie piętnaścioro uczniów, których szkoli się na magów. Chętnych jest jednak o wiele więcej. Mają rok, aby udowodnić, że są najlepsi. Dziesięć miesięcy wytężonej nauki, morederczych treningów i pracy ponad siły. Ryiah marzy o dołączeniu do elitarnej frakcji bojowej, ale czy sprosta wymaganiom mistrzów i stawi czoła... pewnemu przystojnem księciu, który najwyraźniej znienawidził ją od pierwszego wejrzenia?


Czarny Mag. Pierwszy rok Rachel E. Carter to pierwszy tom bestsellerowej serii z miłością, magią i wojną w tle.

Moja opinia (lubimyczytać.pl):
Po ten tytuł miałam okazję sięgnąć tylko dzięki Booktourowi, pewnie gdyby nie był taki organizowany, to pewnie nigdy bym nie słyszała albo nie interesowała ta pozycja :D Dziękuję, za taką możliwość :D

"Pierwszy rok" Rachel E. Carter jak sam tytuł wskazuje jest o pierwszym roku czegoś. Z opisu wiemy już, że chodzi o jakąś Akademię, gdzie uczą na magów. Czyli stricte fantastyka młodzieżowa. Nasi bohaterowie zaczynają naukę w akademii, pierwszy rok, który jest dla wszystkich uczniów do udowodnienia, że to oni powinni być jedni z 15 uczniów, którzy zostają wybrani. 

Już na samym początku poznajemy dwóch bohaterów, i od pierwszych stron dowiadujemy się, że nie mają łatwo. Ryiah i Alex są bliźniakami, w drodze do akademii napotykają pewien problem, z którym sobie radzą. Dla nich najważniejsze jest żeby dotrzeć na czas do szkoły i zacząć o czasie naukę.

Jak w większości młodzieżowych książkach, głównym bohaterem jest kobieta/dziewczyna i na niej skupia się prawie cała historia. Ryiah zmaga się z trudnościami jakie rzucił jej los, spotyka nowych ludzi i czasem zachowuje się niezwykle nieodpowiedzialnie. Dla niej najważniejszym jest, żeby iść po trupach do celu i nie baczyć na to co się wokół niej dzieje.

Oczywiście dla głównej bohaterki musiał się pojawić jakiś "czarny" charakter, który na celu ma tylu uprzykrzenie jej życia, i to według jej samej. Darren, ten tajemniczy przystojny książę, którego poznajemy z opisu. Wszystko wskazuje na to, że ją znienawidził jak tylko ją spotkał. No cóż, tak bywa. Jednak Darren jest dość rozwiniętą postacią, ma wiele warstw (jakby inaczej), jego działania zazwyczaj są inaczej postrzegane niż naprawdę są.

No i czas na mojego ulubionego bohatera, którego niestety jest tu mało (mam nadzieję, że może w dalszych częściach, będzie go więcej?). Mowa o Alexie, bratu bliźniaku Ryiah, który, na początku, wydawałoby się że nie będzie miał żadnych problemów. Bez problemu używa magii, jest całkiem niezły w uzdrawianiu i ziołach (rodzice aptekarze chyba obowiązują, nie?), ma też niezłą urodę, więc wykorzystuje to bez problemu, flirtuje, a dziewczyny się za nim oglądają. Typowy babiarz, który z łatwą ręką przejdzie przez życie. Ale nie. Bo czemu coś ma być czarne lub białe. Pojawiają się trudności, pojawia się ktoś, a Alex musi podołać wszystkiemu i tym razem bez siostry (bo jak wiemy ona ma swoje własne problemy ;)).

Ogólnie fabuła książki całkiem ciekawa, bohaterowie są wykreowani całkiem nieźle, mają kilka warstw, nie są całkiem płascy. Pomysł fajny, tylko całą książkę, można by zmieścić w połowie, a drugą połowę potoczyć akcję dalej (czyli co się dzieje po tym pierwszym roku). Nie spodobała mi się sama postać Ryiah, ale do tego jak została stworzona nie mam zastrzeżeń.
Wada, która niezwykle mocno mnie jarzyła w oczy, to to jak działa magia w tym wykreowanym świecie. Wiemy, że jest, że można ją "używać", ale poza tym to nic nie wiemy. A jest to wiedza, którą chętnie bym poznała :D


Denerwowały mnie tylko te non-stop pojawiające się błyszczące, złociste itd. szaty magów, a oni co w Dumbledora się bawią? :D

Cytaty:
- Musicie od samego początku wprawiać się w koncentracji, ponieważ ból nie minie. [...] Akademia nie jest przeznaczona dla wszystkich. Lepiej zaakceptować to teraz niż zmarnować rok.

sobota, 9 listopada 2019

RECENZJA >> "Lot nad kukułczym gniazdem" Ken Kesey (15/2019)

RECENZJA >> "Lot nad kukułczym gniazdem" Ken Kesey (15/2019)

"Lot nad kukułczym gniazdem"

Tytuł oryginału: "One flew over the cuckoo's nest"
Autor: Ken Kesey
Tłumaczenie: Tomasz Mirkowicz
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy 1991 (PIW)
Seria: Klub Interesującej Książki (KIK)
Liczba stron: 295
Data premiery: 1991 r.

Opis książki z okładki:
Akcja "Lotu nad kukułczym gniazdem", którego tytuł zaczerpnął Autor z ludowej wyliczanki, rozgrywa się w II połowie XX wieku w szpitalu psychiatrycznym w Oregonie. Nie tylko wiele sytuacji powieściowych zostało zainspirowanych przez prawdziwe wydarzenia, lecz także większość postaci drugoplanowych miała swoje pierwowzory wśród pacjentów w Menlo Park. Mimo tak silnego osadzenia w realiach, powieść jest jednocześnie tworem fikcji literackiej, który można rozmaicie odczytać i zinterpretować, w którym przemieszane są różne gatunki literackie i tradycje.

Moja opinia (lubimyczytać.pl):
"Lot nad kukułczym gniazdem" to jest pozycja książkowa, która od paru dobrych miesięcy, które prawie doganiały rok, chodziła po głowie i czekała tylko na sięgnięcie. Pierwszy raz ten tytuł słyszałam po angielsku, kiedy na jednej z lekcji języka angielskiego oglądaliśmy film. Pomimo, że połowy tekstu nie rozumiałam, wtedy jeszcze nie byłam tak zafiksowana na punkcie języka obcego, film bardzo mi się spodobał, stał się jednym z filmów, który mógł być dla mnie taką małą inspiracją życiową. Wtedy postanowiłam, że przeczytam książkę. To cudowne stare wydanie, które tak bardzo mi się kojarzy tą książką, zakupiłam na targach książki za nie małe grosze, ale byłam zachwycona tym że mam tą książkę i że to w tym wydaniu.
Minęło trochę czasu, ja się uczyłam, a książka stała na półce, matura nadeszła. Aż pewnego dnia ciocia przychodzi do mnie z pytaniem czy chcę iść do teatru z nim, a na co? A na "Lot nad kukułczym gniazdem". A ja na to jak na lato, byłam naprawdę zadowolona z takiej okazji. Więc już się nie ociągając wzięłam książkę i zaczęłam czytać, oczywiście nie zdążyłam całej przeczytać przed spektaklem, ale i tak świetnie się bawiłam przy tym i przy tym.

Ale wracając już do książki.

Po pierwsze książka nie jest łatwa, zarówno pod względem stylu pisma, jak i pod fabuły. Mówimy tutaj o szpitalu psychiatrycznym, same te dwa słowa wywołują gęsią skórkę, a tym bardziej jeśli pomyślimy o tych szpitalach jak w filmach, gdzie zwykle nie jest fajnie. Ale nie jest tak źle. Narratorem jest Wódz, który dla innych wydaje się być niemową oraz głuchy, jego przedstawienie szpitala jest dość ciężkie, bo mówi o nim jak o jakimś organizmie ale nie człowieka, tylko robota czy cyborga, to może wprowadzić lekki mętlik w głowie. Wódz głównie skupia się na opowiedzeniu historii McMurphy'ego, który był nowym pacjentem, przymusowo, trzeba zaznaczyć, ale od czasu do czasu wprowadza retrospekcje o swoim życiu jako dziecko, kiedy mieszkał jeszcze ze swoim plemieniem. I niestety one są wprowadzane tak nagle, że ja musiałam się zatrzymywać i zastanowić się czy ja nadal czytam to samo, to było ciężkie, ale dało się przebrnąć.

A teraz przechodząc do innych kwestii. Bohaterowie. To jest najlepsza część powieści, a tak naprawdę ich wypowiedzi i działania, które widzimy oczami jednego z nich (Wodza właśnie), pobieżnie poznajemy kim są, co im dolega itd., a potem z czasem my dowiadujemy się coraz więcej o nich, gdyż oni cały czas się rozwijają, i to pod wpływem McMurphy'ego.

A McMurphy, Randle Patrick, to bohater który zawładnął i szpitalem i powieścią. Szkoda, że skończył jak skończył, ale myślę, że naprawdę dużo uczynił dla innych pacjentów, pomimo jego wątpliwych zamiarów.

Pomimo trudności z czytaniem i naprawdę ciężkiego tematu, książka była świetna. A McMurphy jest moim bohaterem.
Cytaty:
Nic tak nie irytuje ludzi, którzy chcą ci obrzydzić życie, jak to, że zachowujesz się, jak gdybyś tego nie zauważał.
Człowiek traci grunt pod nogami, kiedy traci ochotę do śmiechu.
Przynajmniej się starałem –mówi. –Przynajmniej się starałem, do diabła!
Jeśli ktoś ma zamknięte oczy, niełatwo jest przejrzeć go na wylot.
Wyobrażałem sobie, że może rzeczywiście jest nadzwyczajnym człowiekiem. Po prostu jest sobą i basta. I może właśnie temu zawdzięcza swoją siłę.

czwartek, 7 listopada 2019

RECENZJA >> "Listy Maresi. Kroniki Czerwonego Klasztoru" Maria Turtschaninoff (21/2019)

RECENZJA >> "Listy Maresi. Kroniki Czerwonego Klasztoru" Maria Turtschaninoff (21/2019)

"Listy Maresi. Kroniki Czerwonego Klasztoru"

Tytuł oryginału: "Kronikor Fran Roda Klostret"
Autor: Maria Turtschaninoff
Tłumaczenie: Patrycja Włóczyk
Wydawnictwo: Młody Book!
Seria: Kroniki Czerwonego Klasztoru (tom 3)
Liczba stron: 488
Data premiery: 22.05.2019 r.

Opis książki z okładki:
Bogatsza o wiedzę wyniesioną z Czerwonego Klasztoru Maresi wraca do swojej rodzinnej wioski, w której chce założyć szkołę dla dziewcząt. Ale Sáru to miejsce naznaczone biedą i niewiedzą, gdzie dziewczyna jest kimś obcym, a jej czerwony płaszcz budzi nieufność nawet u jej matki.

Chciwy władca podnosi podatki, a mieszkańcy kraju cierpią głód. Nikt nie czuje się na siłach, żeby im pomóc. Maresi jednak posiada moc, o jaką nikt jej nie podejrzewa, nawet ona sama nie jest jej świadoma. Czy będzie umiała użyć tej siły, by ratować swój lud, kiedy w sercu dziewczyny po raz pierwszy rodzi się miłość?


Przejmująca, mocna opowieść o sile kobiecego serca i walce o to, co naprawdę ważne.


Moja opinia (lubimyczytać.pl):
"Listy Maresi" to według mnie najlepsza część z całych Kronik Czerwonego Klasztoru.
Maresi wyrusza w podróż, opuszcza bezpieczną wyspę, aby szerzyć wiedzę w swoim rodzimym kraju, w okolicach jej wioski dokładnie. Ma w planach założyć szkołę, uczyć dziewczynki i szerzyć dobro, pomoc i wiedzę. Zaopatrzona w czerwony płaszcz, który staje się jej rozpoznawalnym symbolem, worek srebrników, na budowę szkoły i zakup materiałów. Czy Maresi uda się osiągnąć postawiony przed sobą cel? Czy poradzi sobie z wszystkim przeciwnościami, jakie los, bezwzględny władca i natura rzucają jej pod nogi?

Rodzina Maresi przyjmuje ją z powrotem do domu, cieszą się z jej powrotu i próbują się pogodzić z tym, że ich dziewczynka jest inna. Maresi uczy się od nowa życia w jej wiosce, z biegiem lat wszyscy urośli, założyli swoje rodziny, zmieniło się wiele rzeczy.
Wszyscy powoli przyzwyczajają się do tej zmiany, która niestety przynosi kolejne, niekoniecznie zbyt dobre.

Najważniejszą kwestią dla mnie, oprócz założenia szkoły i rozpoczęciu nauki w niej, była także miłość, która powoli wnikała w życie Maresi. Pierwszy znak został odrzucony, już na samym początku, drugi znak rozwinął się zbyt szybko i szybko się też wypalił, a w międzyczasie rozwijał się ten trzeci i najważniejszy. Który miał szczęśliwe zakończenie.

W tej książce brakowało mi jedynie dwóch rzeczy.
Nie mieliśmy wglądu do listów, które dostawała Maresi od Czerwonego Klasztoru, więc większości rzeczy musieliśmy się domyślać, co takiego siostry i przyjaciółki jej napisały.
A dwa, to miałam wrażenie że opisywane wydarzenia są niepełne, brakowało mi informacji (mało było też dla mnie też, tego chłopaka, Karuna, który był najsłodszą i najlepszą postacią w ksiażce - ale to informacja dla wtajemniczonych).

Cytaty:
To było tak dawno. Wszystko wydawało się takie nowe i przerażające, że nie zwracałam zbytnio uwagi na samą drogę. Byłam tylko dzieckiem
- Tym grzebieniem Naraes wyrwała mi mnóstwo włosów - oznajmiłam, marszcząc czoło. Matka uśmiechnęła się i położyła rękę na mojej łopatce.
I nawet jeśli tutejsi mężczyźni nie są w żaden sposób podobni do tych, którzy wtargnęli na wyspę, to sprawiają, że o nich myślę. Ich głosy mają tę samą barwę. Ich ciała to męskie ciała. Nie ma w tym sprawiedliwości i wstydzę się z powodu tego, co czuję, lecz czasami cofam się, gdy któryś z nich podchodzi do mnie zbyt blisko, zbyt nagle.
- Ty nie jesteś taka jak wszystkie! Otrzymałaś to, czego nie dostał nikt inny! To twój obowiazek przekazać to nam, bo my nie mieliśmy takiej szansy! - Naraes zacisnęła pięści z wściekłości. - Chciałabym cofnąć czas i przekonać ojca, by zamiast ciebie posłał mnie!
- Nie tak jak zazwyczaj. Maresi nam czyta i chociaż siedzimy w naszej starej chacie, to mamy wrażenie, jakbyśmy podróżowali po świecie.

wtorek, 5 listopada 2019

RECENZJA >> "Dożywocie" Marta Kisiel (20/2019)

RECENZJA >> "Dożywocie" Marta Kisiel (20/2019)

"Dożywocie"

Tytuł oryginału: "Dożywocie"
Autor: Marta Kisiel
Tłumaczenie: -
Wydawnictwo: Uroboros
Seria: Dożywocie (tom 1)
Liczba stron: 416
Data premiery: 6.10.2017 r.

Opis książki z okładki:
Siła wyższa bez wątpienia jest kobietą. Pech bez wątpienia mężczyzną, a Licho... licho je tam wie. Poza tym płeć uczulonego na własne pierze anioła stróża z manią czystości to dla Konrada Romańczuka (głównej osoby tego dramatu) bynajmniej nie największy problem.

Z połączonych mocy nadprzyrodzonego trio powstaje bowiem fatum z prawdziwego zdarzenia: klątwa ciekawych czasów. Będzie ona odtąd sprawowała dożywotni nadzór nad każdym krokiem Konrada, świeżo upieczonego spadkobiercy Lichotki, wiekowego domu z upiorną, gotycka wieżyczką rodem z kiepskich filmów grozy, oraz całym dobrodziejstwem inwentarza:

Nieszczęsną duszą panicza Szczęsnego, seryjnego samobójcy, poety, mistrza całorocznej depresji i haftu krzyżykowego - sztuk 1.
Mackami szefa kuchni o chrupiącym imieniu, przybyłego wprost z głębin odwiecznego ZUA - sztuk minimum 8.
Utopcami zawsze nie w tej łazience co trzeba - sztuk 4.
Najprawdziwszą Zmorą w postaci charakternej kotki - sztuk 1 plus 4 kły i 18 pazurów w komplecie.
Wrednym różowym królikiem, niepozornym omenem straszliwej zagłady - zbiór nieprzeliczalny.

Tylko właściwie kto tu kogo dostał w spadku:
Konrad dożywotników czy dożywotnicy Konrada?

Moja opinia (lubimyczytać.pl):
"Dożywocie" Marty Kisiel to jest tak genialna książka, jakiej nigdy nie czytałam. Uśmiałam się po wsze czasy, ubawiłam czytając nadzwyczajne życie codzienne Konrada Romańczuka, który niespodziewanie dziedziczy majątek, czyli dokładnie wiekowy dom, zwany Lichotką, wraz z nieoczekiwanymi mieszkańcami. 
Od tego momentu, jak można się spodziewać, Konrad nie pośpi normalnie, zje samotny obiad odgrzany w mikrofali, czy będzie pisał powieść w ciszy i spokoju. Oj nie. Nie będzie mu dane. 

Licho - anioł uczulony na własne pierze z manią czystości, zachowujący się jak dziecko i wiercący tunel do naszych serc i Konrada, z których już nie wyjdzie
Szczęsny - nieszczęśliwy duch samobójcy z miłości, nałogowo haftujący krzyżykiem i sprawiający niekończących się problemów
Krakers - najlepszy kucharz świata, składający się z macek i pochodzący z głębin ZUA, prawie jak ukochana matka dla wszystkich dożywotników, chciało by się mieć takiego potworka we własnej piwnicy
Zmora - kotka z charakterem, lubiąca tylko wybrane osoby na wybrane sposoby, czyli Konrada, śpiąc na jego głowie w wyciągniętymi pazurami, nie widać tego po niej, albo naprawdę bardzo kocha Konrada
Rudolf Valentino - królik, różowy, a bo tak :D taki niewinne i słodkie stworzonko, ale niestety zagłada dla Konrada, a czemu? Przeczytajcie "Dożywocie"
Nie możemy też zapomnieć o niezastąpionym Szymonie - złota rączka, która wprowadziła biednego Konrada w nadzwyczajny świat Lichotki wraz z jej mieszkańcami.

Poza tym pani Marta ma tak genialny styl pisania, że samo to jest najlepsze.
Bawcie się tak dobrze przy czytaniu jak i ja. Nie powstrzymujcie się od śmiechu, bo śmiech to zdrowie.

Cytaty:
Bez wątpienia był to najprawdziwszy gotycki dom z najprawdziwszą wieżyczką, dość wiekowy, otulony pasmami rzednącej pomału mgły - i tylko rozwieszone z boku kolorowe pranie psuło podszyty grozą efekt ogólny, jednak wstrząśnięty do głębi Mieszko nie zwrócił na nie uwagi, tak bardzo pochłonęła go walka z wyobraźnią, która podsuwała mu wyłącznie najbardziej upiorne wizje tego, co czai się w środku. 
- Doprawdy. - Postawił przed agentką kubek w kwiatki. - Proszę bardzo, espresso po lichocku. Rozpuszczalna lura ze zwykłym mlekiem i białą śmiercią w ilościach zdolnych powalić słonia. A tak poza tym piszę cały czas. Powieść.
- O jeżu kolczasty... - jęknął cicho Konrad, wznosząc oczy ku niebiosom.
Przykład siedzi przy tym stole i udaje, że tworzy. Konrad Romańczuk, facet z różowym królikiem, przy okazji pisarz. I o to właśnie chodzi. Pisarzy jest jak psów, a różowy królik jeden. Tak, dobry różowy królik to połowa sukcesu.
- Niebios, powiadasz? - Prawa brew Konrada powędrowała w górę. - Włóczysz się po tym świecie, podnosisz MOJE ciśnienie, zżerasz MOJE witaminy, opróżniasz MOJE flaszki - wyliczał na palcach - upijasz MOJEGO anioła, próbujesz MOJEGO kota MOJĄ pastą do butów smarować i podprowadzasz MOJEMU potworowi MOJE garnki, żeby jakieś gusła durnowate odczyniać, marnujesz MOJE długopisy, papier i życie, bo jakaś dziewucha ciężkie dupsko nie na tym nagrobku posadziła. Jeśli to była wola niebios, to ja jestem Psztymucel Nulec!
Siła wyższa, chwilowo dzierżąca stery tego świata, nudziła się jak mops. 

niedziela, 3 listopada 2019

RECENZJA >> "Naondel. Kroniki Czerwonego Klasztoru" Maria Turtschaninoff (19/2019)

RECENZJA >> "Naondel. Kroniki Czerwonego Klasztoru" Maria Turtschaninoff (19/2019)

"Naondel. Kroniki Czerwonego Klasztoru"

Tytuł oryginału: "Naondel. Kronikor Fran Roda Klostret"
Autor: Maria Turtschaninoff
Tłumaczenie: Patrycja Włóczyk
Wydawnictwo: Młody Book!
Seria: Kroniki Czerwonego Klasztoru (tom 2)
Liczba stron: 512
Data premiery: 11.07.2018 r.

Opis książki z okładki:
Poruszająca powieść, która daje siłę i wyzwala.

Kabira od dziecka opiekuje się magicznym źródłem. Zakochana w Iskanie wyjawia mu sekret owego źródła i jego tajemnych mocy. Ten błąd ma straszne konsekwencje. Do uwięzionej w książęcym haremie dziewczyny niebawem dołączają inne kobiety: nomadka Garai, wojowniczka Sulani, tkaczka snów Orseola i wiele innych.

Naondel to opowieść o kobietach, które zostawiły wszystko, co kochały, by założyć Czerwony Klasztor. Własnymi słowami snują swoje historie. Jak znaleźć w sobie siłę, by opuścić świat, który się zna? I jaką cenę trzeba zapłacić, uciekając, a jaką, zostając?


Moja opinia (lubimyczytać.pl):
"Naondel" to jest druga część Kronik Czerwonego Klasztoru, ale chronologicznie jest jeszcze przed "Maresi", dużo przed. "Naondel" wprowadza nas w początek historii Klasztoru. Poznajemy osiem założycielek Klasztoru, jeszcze zanim trafiły razem na wyspę.

Nie będę więcej pisać o przebiegu akcji, bo to jest coś co każdy powinien samemu przeczytać. Ale czytamy o tym, co kierowało te kobiety, czemu stworzyły takie miejsce, jaka była ich przyszłość, od której uciekały. 

Każda z tych kobiet, ma swoją historię, których ścieżki prowadziły do jednego miejsca, do dawnego domu najstarszej z nich, Kabiry, który był wtedy haremem jej męża. W tym miejscu łączą się ich losy i historia toczy się dalej, ale już ich wspólna. 

Niestety ta pozycja nie podobała mi się tak bardzo jak "Maresi", śmiało mogłabym ją pominąć, w ogóle jej nie czytać. Cieszę się, że mogłam poznać źródła powstania Czerwonego Klasztoru, ale styl i sposób jej napisania, nie podszedł mi za bardzo. Przez ponad połowę książki, męczyłam się z jej czytaniem. Dopiero pod koniec, kiedy akcja przyspieszyła, przy ucieczce kobiet z haremu, poczułam, że to jest to i wtedy książka mi się podobała. 

Pewnie to kwestia tego, że źle się czuję, z tym jak kobiety były traktowane w tym świecie, w którym działa się fabuła. Kobiety były bardzo zależne od mężczyzn, były ograniczane przez nich i więzione. Nie podobała mi się ta część. A kiedy była ucieczka i one się uwolniły z tych więzów i stały się niezależne, to było to. 

Śmiało można pominąć czytanie tej pozycji i przejść od razu do "Listów Maresi", chętnym poznania historii Klasztoru bardzo polecam ten tytuł.

Cytaty:
Nasze kroniki jednak nie mogą pójść w zapomnienie. Klasztor nie może zapomnieć o tym, przez co musiałyśmy przejść, by stworzyć azyl dla siebie i naszych następczyń, miejsce, gdzie kobiety mogą razem pracować i zdobywać wiedzę. Dopóki zabudowania klasztorne stoją, a pisma trwają, pamięć o nas będzie żyła.
Matka może sobie mówić co chce, to święte miejsce. Prastare miejsce kultu religijnego, równowagi w przyrodzie. Czułam to za każdym razem, gdy tu przychodziłam, i trudno mi było zrozumieć, że nie wszyscy to dostrzegają. Głęboko zaczerpnęłam powietrza i chłonęłam ten spokój.
Że córki są bardzo cenne. Moja matka znała wartość swoich czterech córek. Wiedziała, że jesteśmy darem, każda z nas.
Co widzi w moich snach? Czy widzi, jak lecę nad pustynią Meirem? Czy widzi, jak tańczę w księżycową noc z moimi siostrami? Czy widzi, jak gonię za czymś po kamienistej pustyni, a moje stopy krwawią, lecz nie dobiegam do celu?
Uśmiechnęła się i to był najbardziej promienny uśmiech, jaki kiedykolwiek widziałam na jej twarzy.
- Materiał jest przecież jedyną rzeczą, do której mamy tutaj, w naszej złotej klatce, dostęp! Nie widzicie, co nas otacza? Jedwab! Jedwabne poduszki, jedwabne zasłony, jedwabne stroje. Mamy tu tyle wytrzymałego i lekkiego jak piórko jedwabiu, ile dusza zapragnie.
Tylko ja nie mam żadnych zadań. Dziewczęta prychają lub śmieją się ze mnie, kiedy tak mówię. Nazywają mnie Matką i mówią, że jestem tą, która trzyma nas razem. 
Copyright © 2016 CHOCOLADZIX , Blogger